Segregacja odpadów, czyli ustawowa kpina

Jakiś czas temu uraczono nas ustawą zabraniającą wyrzucania elektrośmieci. Wszystko fajnie i pięknie w teorii, gorzej jest w praktyce, o czym pisałem już 2 lata temu. Niespecjalnie sprawa w moim mieście się poprawiła, bo liczba punktów zbierających zużyty sprzęt z 3 zwiększyła się do 5, równie dobrze ukrytych, to te działające już od dawna.

Teraz przyszedł jednak czas na rewolucję nakazującą segregację śmieci. Ustawa weszła w życie nieco ukradkiem i bez praktycznie żadnych akcji informacyjnych. Zapanował dzięki temu wręcz chaos, bo pamiętamy zapewne początkowe zamieszanie z firmami, które mają wywozić śmieci po nowemu – jedne miasta/gminy podpisały na czas odpowiednie umowy, inne nie, kolejne z kolei postanowiły przeciwstawić się systemowi. Systemowi, który działać ma prawo chyba tylko na papierze. To bowiem na gminy i miasta spadł obowiązek ustalenia zasad wywozu odpadów. Wyszło więc jak zwykle – jedne miasta mają więc segregację na papier, tworzywa sztuczne, metal oraz szkło (4 kategorie), inne segregują papier, szkło na kolorowe i białe, a z kolei tworzywa sztuczne i metal trafiają do jednego pojemnika (też 4 kategorie odpadów, ale już inne). Rózne gminy określiły także swoje definicje papieru, czy tworzywa sztucznego, a więc nie zawsze plastikowa butelka równa się plastikowej butelce, a gazeta nie zawsze kwalifikuje się jako papier. Aby było jeszcze ciekawiej, w internecie pojawiły się informacje i filmy pokazujące, że mimo oddzielnych pojemników na plastik i szkło, wszystko i tak zabiera jedna śmieciarka. Po co więc ta segregacja – można było przecież postawić w takim przypadku jeden kontener? W wielu miejscach z obawy przed karami śmietników pilnują ochroniarze sprawdzający nasze śmieci, a kosze otwarte są tylko w wyznaczonych godzinach.

Na moim “podwórku” wcale lepiej to nie wygląda. Jeden kosz na odpady niesegregowane przypada na blok i ciekawi mnie jak teraz sprawdzić kto co wyrzucił? Jeszcze lepiej sprawa wygląda w wysokościowcach ze zsypami, gdzie śmieci można wyrzucić wręcz niepostrzeżenie do pojemnika znajdującego się kilka pięter niżej. Kolejna ciekawostka to taka, że przy bloku znalazły się tylko kosze do segregacji plastiku i tworzyw sztucznych. Do pojemników ze szkłem trzeba się z kolei przespacerować praktycznie na następną ulicę.

Najgorsze jest to, że  nie było żadnej akcji informacyjnej w radiu, prasie, telewizji, czy za pomocą ulotek co i jak segregować. W praktyce większość osób o ile już segregację robi, to robi ją na tzw. “czuja”, a potem okazuje się, że gazeta to nie papier, a butelka po szamponie nie kwalifikuje się do plastiku. Cała ustawa powinna być bowiem poprzedzona szeroko zakrojoną kampanią społeczną, na miarę tej o DVB-T, aby społeczeństwo poinformować, edukować i przygotować na wprowadzane zmiany. Tymczasem strona internetowa mojego miasta nie ma nawet informacji o segregacji odpadów, a jedyne zdawkowe informacje o tym co gdzie wrzucać można znaleźć na stronie firmy oczyszczającej miasto – informacje w formie rozpikselowanego diagramu.

Ewidentnie widać, że coś tu chyba kuleje w całym systemie. Poza tym mam wrażenie, że wszystko zapewne poszło by łatwiej, gdyby wizję kary za niesegregowanie śmieci, zastąpić wizją zysku, gdy śmieci się segreguje. Nic tak bowiem nie działa motywująco jak dostępny na wyciągnięcie zysk, zamiast mocno rozmytej szansy na ewentualną karę.

Comments are closed.