Segreguj szkło, ale tylko butelki. Najlepiej tylko małe.

Posted in Opinia i komentarz on September 30th, 2018 by BAKLO

Już jakiś czas temu pisałem o tym, że polskie przepisy odnośnie segregacji, zwrotnych opakowań szklanych oraz elektrośmieci mają wiele dziur. Minęło kilka lat, ale niewiele się w sumie zmieniło. W sprawie segregacji ustawodawca “straszy” nas nowymi pomysłami, bo obecne przepisy ewidentnie się nie sprawdzają (opisywałem to 5 lat temu, większość osób chyba też kilka lat temu na to wpadła, więc szacunek, że i tak wnioski udało się wyciągnąć piszącym ustawy). Butelki jak trudno było zwrócić w sklepach, tak trudno zwrócić jest i teraz. Chociaż udało mi się w międzyczasie znaleźć osiedlowy sklepik, gdzie przyjmują butelki bez paragonu – przyznam szczerze, że czasem oddaję tam też butelki od piwa, których wcale tam nie kupiłem. To jednak pokazuje, że ta wymiana wcale nie musi być 1:1 i wcale nie trzeba mieć paragonu. Ale na maszyny do butelek szklanych i plastikowych w każdym markecie, wzorem naszych zachodnich, czy południowych sąsiadów, czekam niecierpliwie już kilka lat… W kwestii elektrośmieci również nie ma za bardzo poprawy. Przyznam, że rzeczywiście obecnie odbiór dużego AGD (lodówki, pralki, kuchenki) to nie problem – jest za darmo, jest od ręki w przypadku dostawy do domu. Ale jeśli chodzi o mniejsze AGD – nadal po staremu: punkty zbiórki elektrośmieci w moim mieście zmniejszyły się do 2: jeden w firmie zajmującej się wywozem śmieci (nadal czynny w jakichś chorych godzinach, jeszcze dodatkowo z kilkugodzinną przerwą w ciągu dnia); drugi na wysypisku śmieci za miastem (w życiu tam nie byłem i z pewnością nie będę tam jechał, żeby wyrzucić zepsuty czajnik).

Ostatnio przyszło mi jednak wyrzucić kilka odpadów wielkogabarytowych (stare meble, które wymieniam na nowe). Sprawdzam w necie termin wywózek i typowo – na mojej ulicy za 5 miesięcy. Co robić? Idę na żywioł – wystawiam pod pergolę z myślą, że najwyżej dostanę mandat, czy karę, która pewnikiem i tam mniej mnie będzie kosztować niż wywózka (bo osobówką przecież mebli nie wywiozę). Pierwsze zdziwienie po śmietnikiem: stoi już jakaś kanapa i stolik. Myślę więc, że chyba nie będzie tak źle – przynajmniej nie jestem sam. Ale dla pewności wystawiam wszystko pod śmietnik po zmroku – wiadomo, że im mniej oczy widzi, tym lepiej. Sprawdzam stan na drugi dzień i zaskoczenie. Wszystkie śmieci wielkogabarytowe zniknęły. Szczęście, czy przypadek? Nie wiem jak się teraz dowiedzieć. Szukałem w internecie, ale na stronie miasta tylko harmonogram wywózek (2 razy w roku w każdym rejonie) i akurat na termin nie trafiłem. Ani słowa jednak o tym, co zrobić ze starą kanapą, czy kredensem w międzyczasie. Chyba to tajemnica…

Kolejny problem to szklane odpady, które w moim przypadku to tafla szkła – szyba wymontowana ze starego kredensu oraz 6 części klosza starego żyrandola. Sam żyrandol zostawiłem sobie na dawcę części, bo składał się głównie z oprawek do żarówek (przydadzą się w czasie remontu) oraz kilku prętów – te wylądowały w koszu na metal. Biorę więc szybę pod pachę, butelkę w rękę i żwawym krokiem ruszam do pojemnika na szkło. Muszę przyznać, że takiego zdziwienia dawno już nie zaliczyłem i sam się zastanawiam jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć. O ile pojemniki na makulaturę oraz tworzywa i metale to takie “standardowe” śmietniki z otwieraną górną klapą, gdzie można przez szparę wrzucić gazety, ale i większe kartony po otwarciu góry. Podobnie w kontenerze na tworzywa i metale – otwór jakby na coś małego, ale i coś większego zmieści się bez problemu po otwarciu pojemnika. Jednak śmietniki na szkło od jakiegoś czasu to takie pojemniki w kształcie dzwonu z kilkoma otworami w kształcie butelki. W żaden sposób się nie otwierają i nie mają żadnego większego otworu na coś innego niż butelkę od piwa, czy wina. W sumie to nawet jakiegoś większego słoika się tam nie wciśnie. Szybki rzut oka na szybę i już wiem, że ta na pewno nie wejdzie. Klosz od żyrandola po przymiarce też nie wchodzi. Muszę przyznać, że moja irytacja sięgnęła wtedy zenitu. Nie wiem czy to tak specjalnie, czy jest jakaś inna przyczyna, ale segregacja szkła to kpina, chyba w myśl zasady: segreguj szkło, ale tylko butelki i to najlepiej tylko małe.

Lampka z klipsem za mniej niż 10 zł?

Posted in Ciekawostki, Opinia i komentarz on December 10th, 2017 by BAKLO

W sklepach internetowych można kupić wiele “drobnostek” w cenie poniżej 10 zł. Mam w zwyczaju od czasu do czasu dorzucać do koszyka do jakichś większych zakupów takie “pierdołki”. Nie spodziewam się po nich ani super jakości, ani super funkcjonalności, często jest to po prostu badziewie. Traktuję takie zakupy w zasadzie jako metodę uczenia się na drobnych błędach, aby nie popełniać tych większych i droższych. Po zapoznaniu się z danym urządzeniem czasami rzeczywiście używam go jako gadżetu, albo ląduje ono w pudle w garażu, skąd odzyskuję później różnego rodzaju części zamienne do sprzętów domowych lub na potrzeby hobbystycznych projektów. Zazwyczaj jednak nie opisuję takich zakupów, bo po prostu nie ma czego.

Ostatnio jednak zamówiłem sobie na jednym z portali słynącym kiedyś z aukcji, dwie lampki biurkowe z klipsem z przeznaczeniem na… lampkę warsztatową. Tak naprawdę zależało mi na możliwości jej postawienia oraz klipsie, aby lampkę można było przypiąć do elementów samochodu w czasie napraw lub przyczepić klipsem do wyposażenia garażu oświetlając ciemnie miejsca jakie w pomieszczeniu niestety występują. Drugie kryterium to możliwość wkręcenia normalnej żarówki z gwintem E27 (“zwykłej” lub LED). Ostatnie kryterium to cena. I tu postanowiłem pójść po bandzie, a więc wybrać opcję taniej = lepiej.

Szybko udało się wyselekcjonować odpowiedni produkt w cenie poniżej 10 zł (i nie mówię tu o cenie 9,90 zł), tylko naprawdę o cenie, którą nadawała się prawie do sklepów typu wszystko po 5 zł. Powiem szczerze, że za taką cenę cudów się nie spodziewałem, zwłaszcza, że koszt przesyłki był praktycznie równy cenie lampki. Jakież było moje zdziwienie po otrzymaniu paczki. Pozytywne zdziwienie…

czerwona pojedyncza

Obydwie zamówione lampki przyszły w zgrabnym kartonie. Metalowe klosze wydawały się “fabrycznie” zapakowane w folię bąbelkową, przewód był zwinięty i spięty, część z tworzywa owinięta woreczkiem. Nic w transporcie się nie uszkodziło. Po rozpakowaniu i obejrzeniu wyrobów szybko można dojść do oczywistych wniosków, że jakość wyrobu odpowiada jego cenie, ale tak naprawdę w tej cenie… nie ma się do czego przyczepić. Klosz jest “metalowy”, na wierzchu pomalowany na wybrany kolor, wnętrze pokryte białą farbą. Gniazdo żarówki wydaje się być ceramiczne, przytwierdzone dwoma śrubami ukrytymi pod zaczepem plastikowego przegubu. Nic się nie rusza i z pewnością gniazdo wytrzyma deklarowaną żarówkę o mocy 40 W. Oczywiście powłoka lakierowa jest słabej jakości z widocznymi niedoskonałościami (jeden klosz ma drobne otarcie raczej nie powstałe w czasie transportu), plastiki są kiepskiej jakości, przewód z azjatyckimi nadrukami i oznaczeniem 300 V nie jest tak gruby jak typowe przewody spotykane w innych produktach, ale oczekiwany prąd poniżej 0,2 A zapewne wytrzyma bez problemu. Przewód nie ma też tych deklarowanych ok. 70 cm, ale nawet przy 70 cm byłby na tyle krótki, że i tak potrzeba używać przedłużacza. Przyciski w obydwu sztukach są zamontowane odwrotnie, a więc raz pozycja ON jest bliżej ramienia lampki, raz dalej od ramienia. Oznaczenie, która pozycja oznacza ON jest jednak wyraźna i przyciski działają prawidłowo mimo ich odwrócenia (lampka włącza się w pozycji przełącznika zgodnie z jego oznaczeniem). Sprężyna jest mocna i lampa trzyma się przypięta do półki. Elektrycznie oczywiście lampki działają. Można je zgodnie z deklaracją na klipsie postawić. Ciekawostką jest również fakt, który jest wprawdzie widoczny na zdjęciach produktu, ale w opisie nie jest nigdzie wspomniany – lampka w klipsie ma specjalnie wyprofilowany otwór umożliwiający jej zawieszenie na śrubie/wkręcie lub haczyku. Super – to wykorzystałem błyskawicznie, bo o ile znalezienie odpowiedniej powierzchni do użyciu klipsa nie jest takie oczywiste, o tyle haczyków i gwoździ w ścianach mojego garażu nie brakuje.

Za tą cenę zakup uważam za udany i lampki zapewne nie wylądują w pudle z gratami. Trochę jednak daje do myślenia cena, bo nawet zakładając, że lampka montowana jest zapewne w Chinach, a następnie w kontenerach wysyłana w świat, to biorąc pod uwagę koszt transportu, marżę producenta, marżę sprzedawcy oraz podatek VAT, to wychodzi mi, że koszt produkcji tej lampki to nie więcej niż 1 dolar. Muszę przyznać, że to budzi już respekt, bo sam klosz (materiał, wygięcie i polakierowanie na 2 kolory) zapewne pochłania połowę tej kwoty. Plastiki to koszt pomijalny przy masowej produkcji, ale mamy jeszcze trochę przewodów, przełącznik, kilka śrubek, sprężyna, gniazdo żarówki… Szczerze mówiąc trochę znam proces produkcyjny i jest mi ciężko wyobrazić sobie jak można się w takiej cenie zmieścić, a trzeba założyć, że produkcja jest ręczna, więc kilkanaście centów to także “robocizna” (nie tylko przecież pracownika fabryki, który produkt skręca)… WOW!

Dokąd idziesz komórkowa technologio?

Posted in Opinia i komentarz, Technologia, Telekomunikacja on October 16th, 2016 by BAKLO

Dotychczas, gdy przychodziła u mnie pora na wymianę telefonu, wszystko sprowadzało się do kwestii wyboru najbardziej optymalnego dla mnie modelu w ramach założonego budżetu. Przymierzając się jednak teraz do nowego smartfona, po prostu nie widzę dla siebie odpowiedniego modelu.

1. Po pierwsze rozmiar ekranu

Po przejrzeniu aktualnych ofert problemem stały się… wymiary dostępnych na rynku modeli. Już 3 lata temu doszedłem do wniosku, że poszukuję przede wszystkim telefonu, a funkcje multimedialne są niezmiernie użyteczne, ale powinny być tylko dodatkiem. Obecnie mam wrażenie, że telefon to przede wszystkim mini komputer, a funkcja dzwonienia i wysyłania smsów to tylko dodatek. Patrząc na specyfikację nowym modeli przeraża mnie przede wszystkim rozmiar wyświetlacza. Nawet wśród niezbyt drogich modeli ekran 5″ lub 5,5″ to standard, co wpływa na ogólne wymiary telefonu. Obecnie używane przeze mnie 4,3″ wydaje mi się w zupełności wystarczającą przekątną nawet do aplikacji typu przeglądarka internetowa, czy nawigacja. Ekran o rozmiarze 4″ sprawia przy tym, że telefon nie jest jeszcze większy od dłoni, a więc rozmawiając, nie tworzymy wrażenia, jakbyśmy przy uchu trzymali zeszyt lub cegłę. Dlatego już poprzedni model to telefon z przyrostkiem “mini” w nazwie, co wcale nie oznacza, że jest mały.

ewolucja_telefonow

2. Po drugie gigaherce i rdzenie

Do granicy 2 GHz zaczęto w telefonach komórkowych zbliżać się już jakiś czas temu. Teraz to już standard, jednak o ile 3-4 lata temu telefony miały 2 rdzenie, obecnie 4 , czy 8 rdzeni nie robi wrażenia. Tu zdecydowania powtarza się historia z komputerów, gdzie oprócz gigaherców (nie zawsze przekładających się na wydajność) ważna jest możliwość wykonywania kilku zadań jednocześnie. Wszystko fajnie, ale tu z kolei wpadamy w sidła właściwości cieplnych takich procesorów. Niestety prawa fizyki są nieubłagane, o czym przekonaliśmy się już w laptopach posiadających niewystarczające chłodzenie. Procesor pracujący pod obciążeniem ze znamionową prędkością, w momencie, gdy zaczyna się przegrzewać, uruchamia mechanizmy zabezpieczające. To najczęściej wyłączenie niektórych rdzeni i/lub obniżenie taktowania, zwane throttlingiem. Nie inaczej jest w przypadku telefonów, gdzie twórcy i użytkownicy różnego typu programów testujących wydajność smartfonów szybko doszli do wniosków, że tak naprawdę telefon z pełną wydajnością jest w stanie pracować co najwyżej kilka minut, a potem, aby zapobiec negatywnemu wpływowi temperatury na elektronikę, telefon zaczyna się “schładzać” obniżając parametry pracy procesora. Co ciekawe w tym czasie taki smartfon osiąga wyniki nie dużo lepsze niż w telefonach sprzed kilku lat. Gdzie więc tutaj sens wkładania w przenośne urządzenie bez odpowiedniego oprowadzenia ciepła tak wydajnych komponentów? Mam nieodparte wrażenie, że to czysty marketing.

3. Po trzecie czas pracy na baterii

Za dużym ekranem i wydajnymi procesorami idzie niestety duże zapotrzebowanie na energię. Telefony rosną, rosną również baterie i nie trudno znaleźć telefon mający baterie o pojemność ok. 3000 mAh. Wcale jednak nie przekłada się to na czas pracy telefonu, bo prądożerne elementy jak ekran full HD, kilku-rdzeniowy procesor 2 GHz i kilka GB pamięci operacyjnej swoje pobierają. Dwukrotnie pojemniejsze baterie w porównaniu z telefonami sprzed 3-4 lat mogłyby sugerować dwukrotnie dłuższy czas pracy na akumulatorze, jednak nadal musimy sięgać po ładowarkę raz dziennie, a intensywnie użytkując telefon standardem stało się noszenie ze sobą zewnętrznej baterii pozwalającej doładować telefon, gdy nie mamy dostępu do gniazdka. Gdy to tego wszystkiego dodamy fakt, że bateria to najszybciej psująca się “część”, a większość nowych smartfonów jest nierozbieralnych, jesteśmy skazani na wymianę telefonu w momencie, gdy nasza bateria zakończy swój żywot, najczęściej o wiele szybciej niż żywotność pozostałej elektroniki.

4. Po czwarte delikatność

Większość nowych telefonów posiada przynajmniej ekran pokryty hartowanym szkłem różnego typu, ale coraz częściej cały telefon, zarówno z przodu i z tyłu pokrywany jest szkłem odpornym na zarysowania. Super, bo nic gorszego niż porysowany ekran i obudowa. Jednak szybko okazało się, że o ile temat rysowania się obudowy takie szkło rozwiązuje, to jego zastosowanie czyni smartfon praktycznie nieodpornym na upadki, zwłaszcza na twarde powierzchnie typu beton. Biorąc pod uwagę fakt, że taki szklany “pokrowiec” jest najczęściej trwale zespolony z resztą telefonu i jego wymiana bez specjalistycznych narzędzi jest niemożliwa, z łezką w oku patrzę na czasy, gdy po upadku telefonu wystarczyło kupić za kilkanaście lub kilkadziesiąt złotych nową obudowę z tworzywa sztucznego i cieszyć się… “nowiutkim” telefonem.

Wniosek?

Mam tutaj szczerą nadzieję, że 2017 przyniesie nowy trend do pomniejszania telefonów i wrażenie, że historia zatoczy koło. Już od początków telefonii mobilnej wielkość telefonów zmieniała się w czasie. Mieliśmy już cegły, po czym przyszedł okres miniaturyzacji. Teraz jesteśmy na etapie fascynacji dużymi ekranami, ale przyroda (i biznes) nie znosi pustki. Mam wrażenie, że ludzi szukających telefonów “mini” lub “compact” jest więcej. A skoro jest popyt, to musi być i podaż. Jeśli do tego dojdą parametry takie jak odporność na upadki, kilkudniowy czas pracy na baterii przy po prostu “wystarczających” parametrach procesora i pamięci, mam wrażenie, że telefon taki może być hitem sprzedaży wśród ludzi, którym minie fascynacja najszybszym smartfonem z największym ekranem.

Chcesz uniknąć wysokich faktur za prąd od Enea? Podawaj odczyt tylko Enea S.A., a nie Enea Operator Sp. z o.o.

Posted in Opinia i komentarz, Różne on July 28th, 2016 by BAKLO

Muszę przyznać, że rozgryzienie sposobu działania Enei trochę czasu mi zajęło, chociaż przypuszczam, że u innych dostawców jest podobnie. Nie mniej uważajcie, bo zawierając umowę kompleksową z dostawcą Energii elektrycznej (np. z Enea S.A.) tak naprawdę przez większość czasu (odczyty i sprawy techniczne) kontaktować będzie się z odbiorcą wcale nie Enea S.A., a Enea Operator Sp. z o.o. To niestety rodzi szereg problemów, zwłaszcza, że w moim odczuciu Enea Operator posiada dość niskie standardy obsługi klienta. Przede wszystkim odczyty dokonywane są przez inkasentów, którzy działają chyba trochę na własną rękę. Jeśli nie ma Cię w domu, możesz w drzwiach znaleźć karteczkę, na której treść będzie zależna od inkasenta. Jeden poda numer telefonu (zapewne prywatna komórka), inny poda numer telefonu i adres email na jednym z polskich portali (zapewne również prywatny adres). Nie wiem ile to ma wspólnego z ustawą o ochronie danych osobowych, ale przypuszczam, że niewiele – nie wiem bowiem w jaki sposób pracownik firmy zewnętrznej korzystając z maila na komercyjnym portalu będzie w stanie zagwarantować, że dane osobowe przekazywane na ten adres będą poufne i zabezpieczone.

Nie wierzycie, proszę, o to przykłady karteczek z 3 kolejnych odczytów – nie muszę chyba mówić, że inkasenci chodzą w godzinach swojej pracy zapewne pokrywającej się z godzinami mojej pracy (jak i większości pracujących ludzi), więc standardowo znajduję takie karteczki co 2 miesiące w drzwiach lub skrzynce na listy:

Karteczka z marca 2016, podana komórka i adres email na komercyjnym portalu o2.pl

Karteczka z marca 2016, podana komórka i adres email na komercyjnym portalu o2.pl

Karteczka z maja, podana jedynie komórka i wpisany błędny adres (zamiast daty)

Karteczka z maja, podana jedynie komórka i wpisany błędny adres (zamiast daty)

Karteczka z lipca, podana jedynie komórka i wpisany adres (zamiast daty). Komórka nie odpowiada, gdy próbuje się na nią dzwonić.

Karteczka z lipca, podana jedynie komórka i wpisany adres (zamiast daty). Komórka nie odpowiada, gdy próbuje się na nią dzwonić.

Wydawałoby się, że skoro nie było mnie w domu i podam stan licznika na podany numer telefonu (lub adres email), to sprawa będzie załatwiona. Nic bardziej mylnego. Patrząc na faktury od razu widać, że daty odczytów są można powiedzieć dość dowolne. Raz inkasent przyjdzie tydzień za wcześniej, raz 2 tygodnie za późno. Ot taka loteria, chociaż niby odczyty powinny być co 2 miesiące. Jednak jeśli raz inkasent przyjdzie tydzień za szybko, a potem 2 tygodnie za późno, to okres między odczytami to już nie 2 miesiące, a 2 miesiące i 3 tygodnie, co może mieć istotny wpływ na wysokość faktury w tym okresie. Nie bardzo rozumiem jak to działa, bo inne firmy (telekomunikacyjne, dostawycy tv, czy internetu) są w stanie ogarnąć okresy rozliczeniowe, np. miesięczne i rozliczenie następuje zawsze w ten sam dzień miesiąca. Generalnie jednak i tak inkasent (lub Enea Operator) przekazuje swoje odczyty do Enea S.A. z opóźnieniem i potem różne daty “odczytów” można znaleźć na fakturze, nie zawsze pokrywające się z datą odczytu, zwłaszcza jeśli tego odczytu dokonaliśmy sami i podaliśmy stan przez telefon (inkasent zapewne stan podany przez telefon “zalicza” sobie jako wizytę i osobiste odczytanie licznika). Co ciekawe nawet dzwoniąc na numer Enea S.A. (61 111 11 11) i wybierając opcję 5, czyli “Podanie stanu licznika”, wcale nie ma pewności, że sprawa jest załatwiona. Przede wszystkim wybierając opcję 5 (Podanie stanu licznika) lub 6 (Sprawy techniczne) jesteśmy przełączani do Enea Operator, chociaż Enea Operator podaje na swojej stronie inny numer kontaktowy (61 850 40 00). Swoją drogą ciekawe, czy takie przełączanie do innej firmy (do Enea Operator), gdy dzwonimy do Enea S.A. jest w ogóle zgodne z prawem, zwłaszcza, że nie jest odtwarzana żadna informacja, że wybranie opcji 5 powoduje przekierowanie rozmowy do innej firmy. I na koniec hit: gdy połączymy się z Enea Operator i podamy stan licznika, na końcu zostaniemy poinformowani regułką, że podany stan został wprawdzie przyjęty, ale może on nie zostać uwzględniony przez sprzedawcę (tj. Enea S.A.). WTF? Na pytanie o co w zasadzie chodzi i czy odczyt został przyjęty, czy nie – Pani potrafiła tylko mętnie wytłumaczyć, to co już powiedziała: że Enea Operator stan przyjęła, ale (powtarzając tą samą regułkę) informuje, że może on nie zostać uwzględniony przez sprzedawcę (Enea S.A.).

Ale i to się da obejść, bo dzwoniąc do Enea S.A. na numer 61 111 11 11 wystarczy wybrać 3 (Faktury i saldo). Wtedy połączymy się nie z Enea Operator, a z Enea S.A. i… tu również możemy podać odczyt (stan) licznika, który od razu wprowadzany jest do systemu rozliczeniowego (co ciekawe tutaj już mają podgląd na szczegóły, czy np. inkasent podał stan po ostatnim odczycie inkasenckim).

Wniosek jest prosty: Chcesz uniknąć wysokich faktur za prąd od Enea ze względu na rozliczanie wg odczytów inkasenta w losowych terminach lub na podstawie prognoz jeśli Enea Operator nie przekaże na czas danych do Enea S.A. lub odczyt przez Enea S.A. nie zostanie uwzglęniony? Podawaj odczyt tylko bezpośrednio Enea S.A., a nie Enea Operator Sp. z o.o.

I na koniec, żeby nie było, że tylko Enea Operator ma niskie (w mojej ocenie) standardy – takiego oto “poszarpańca” (inkasent Enei ma chociaż karteczki wycięte nożyczkami) zostawił mi w maju inkasent zbierający dane dla PGNiG:

Takie poszarpańca zostawia z kolei inkasent zbierający dane dla PGNiG. Podane są jednak oprócz komórki numery stacjonarne i ktoś się podpisał po informacją (chociaż podpis jest nieczytelny)

Takiego poszarpańca zostawia z kolei inkasent zbierający dane dla PGNiG. Podane są jednak oprócz komórki również numery stacjonarne i ktoś się podpisał po informacją (chociaż podpis jest nieczytelny)

Na plus jednak, że są numery stacjonarne, komórka i ktoś sie podpisał (podpis jest jednak nieczytelny), ale korona z głowy temu, kto odczyta z tej karteczki jaka firma zostawiła “awizo”? Inkasent Enei miał na swojej karteczce chociaż logo i adres firmy, ale tu z kolei były inne braki.

Reforma OFE – akt 2

Posted in Opinia i komentarz on July 14th, 2016 by BAKLO

Minęło raptem 2,5 roku od “reformy” OFE dokonanej przez rząd PO. Dla przypomnienia: “w dniu 3 lutego 2014 r. umorzone zostało 51,5% jednostek rozrachunkowych znajdujących się na rachunku każdego członka OFE (tzw. likwidacja części obligacyjnej OFE) i wprowadzona została dobrowolność co do dalszego przekazywania przyszłych składek do OFE”. Dodatkowo wprowadzono tzw. “Suwak bezpieczeństwa”, który sprawia, że “10 lat przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego środki zgromadzone na koncie członka OFE będą stopniowo przekazywane każdego miesiąca do ZUS i ewidencjonowane na indywidualnym subkoncie ubezpieczonego”.

Pieniądze, które były w OFE w formie obligacji zostały “przelane” na subkonta każdego ubezpieczonego w ZUS. W rzeczywistości powstały po prostu zapisy kwotowe, bazując na tym, że rząd obiecuje, że wykupi od siebie swoje obligacje i jeszcze dołoży procenty. Tak naprawdę chodzi po prostu o zmniejszenie obciążeń budżetu państwa i wpompowanie do państwowej kasy środków zgromadzonych w OFE. Pozwoliło to z dnia na dzień obniżyć zadłużenie skarbu Państwa z poziomu blisko 600 mln złotych do poziomu poniżej 500 mln.

 reforma OFE

Jak swego czasu prognozowali ekonomiści i bankowcy, obawiano się, że pieniądze te zostaną po prostu wydane na bieżące zobowiązania Państwa, a kwoty na subkoncie w ZUS pozostaną jedynie zapisem w systemach komputerowych i będą obietnicą, że ZUS cokolwiek wypłaci za 30-40 lat przyszłym emerytom (o ile ZUS jeszcze będzie istniał). Długo na potwierdzenie tych przewidywań nie trzeba było czekać.

Obecnie dług w złotówkach jest ponownie na poziomie z początku roku 2014, a dodatkowo wzrósł dług państwa w walutach, tak więc nie dziwi, że w pierwszych dniach lipca 2017 obecny wicepremier Mateusz Morawiecki (PIS) ogłosił, że rząd przygotował drugą “reformę” OFE, która pieniądze jeszcze pozostałe w OFE przeniesie do PPK (Pracowniczego Planu Kapitałowego). Generalnie całość ze 140 mld złotych pozostałych w OFE trafi więc pod “opiekę” rządu, z czego 35 mld przepadnie prawdopodobnie od razu, tj. zostanie przekazane na FRD (Fundusz Rezerwy Demograficznej). Oznacza to tak naprawdę koniec OFE. Dobra informacja jest taka, że z PPK będzie można się wypisać – i to jest chyba najlepsza informacja. Nikt nie jest bowiem w stanie zagwarantować, co z pieniędzmi zgromadzonymi w PPK stanie się za 2, 5, czy 10 lat. Przyjdzie kolejna ekipa rządząca, kasa państwa znowu będzie świecić pustkami i wtedy ktoś stwierdzi, że jednak PPK przekonwertujemy w coś innego przy okazji przenosząc część zgromadzonych pieniędzy do budżetu państwa.

Dziwne czasy nastały kiedy chyba lepiej zacząć grać na giełdzie – ryzyko jest duże, ale chyba niedługo będzie mniejsze niż lokowanie pieniędzy w rządowej kasie.